Titus (Acid Drinkers)

Przy takim zespole jak Acid Drinkers wstęp jest zbędny. Titusa i spółkę znają chyba wszyscy fani polskiego metalu. Grupa wydała niedawno nowy album, „Fishdick 2″ wypełniony po brzegi mocno zakwaszonymi coverami.

Z Titusem rozmawia Jacek Walewski.

Kilka dni temu wydaliście „Fishdick 2″. Jest to kontynuacja waszej płyty wydanej – może zabrzmi to przerażająco – kilkanaście lat temu…

Szesnaście, tak jest!

Pytanie, które zapewne prawie każdy dziś już wam zadawał, dlaczego wydaliście ten album akurat teraz i dlaczego tak długo na niego czekaliśmy?

Dlaczego tak długo? Nie wiem dlaczego, być może mieliśmy ciekawsze zajęcia, niż nagrywanie coverów… Dlaczego zaś akurat teraz? Powtórzę to, co już mówiłem. Sam o to zapytałem Ślimaka: „Ślimak, Dlaczego nagrywamy „Fishdick 2″ teraz?” A Ślimak: „Bo jak nie teraz, to kiedy?!” To właściwie cała argumentacja za tą płytą.

Rozumiem. Wiele osób myślało jednak, że po śmierci Olassa nagracie raczej mroczny, bardziej poważny album. Coś w stylu „Infernal Connection”. Tymczasem „Fishdick” ma bardziej imprezową atmosferę.

Jak najbardziej, bo my jesteśmy bardzo imprezowymi ludźmi. Gdybyśmy po śmierci Olassa natychmiastowo usiedli i zaczęli pisać, prawdopodobnie wyszłoby nam coś „Back in Black” AC/DC nagrane po śmierci Bona Scotta. My jednak odczekaliśmy. A to czy album jest imprezowy czy wesolutki, momentami farsowaty, to tylko wynika z tego jak Acids podchodzą do pewnych tematów bardziej poważnych, nadętych. Przetworzone przez naszą czwórkę wychodzi to tak a nie inaczej. My po prostu nie umiemy – zauważyłem to! – poważnie podejść do tego, co robimy. Czy zresztą jest jakiś rockowy numer „poważny”?

„One” Metalliki jest poważnym numerem. Tam są fragmenty filmu „Johnny poszedł na wojnę”. Jest to tak poważne, że my byśmy czegoś takiego nie nagrali. Jesteśmy ulubieni z zupełnie innej gliny niż nasi ulubieni Kalifornijczycy spod M ze strzałą.

Odnośnie Metalliki, można zauważyć, że oni również po śmierci Burtona nagrali płytkę z coverami…

Tak? Nie wiedziałem, ponieważ nie jestem ekspertem od dyskografii Metalliki…

Bardziej od Motorhead?

Też nie. Nie jestem ekspertem w ogóle w tym wszystkim. Ja się w tym po prostu świetnie bawię. Lubię to słuchać, uwielbiam to grać. Nie wyobrażam sobie, żebym mógł robić cokolwiek innego. Ekspertem nie jestem, nie śledzę, nie kolekcjonuję… To jest jakby we mnie, siedzi we mnie i już!

No tak, ale parę poprzednich waszych albumów miało bardziej poważny charakter. W jednej z recenzji „Fishdicka” przeczytałem, że jest to „wielki powrót Acid Drinkers” do grania bardziej luzackiego thrashu. Też tak to obierasz?

Może… Ale raczej nie. To bardziej kwestia doboru numerów, które są takie a nie inne. Zostały tak skomponowane przez swoich autorów. „Wersety”. Kto wie czy jest poważniejszy? Może tak? Ale, umówmy się, nie są nadęte.

Tekstowo są jednak bardziej poważne.

Aaa tekstowo tak. Tekstowo „Wersety” są bardzo poważne. Rozliczyłem się tam z niektórymi swoimi rzeczami. Z niektórymi nie udało mi się jeszcze do końca… Parę rzeczy przemyślałem, przelałem to na papier, parę pozamiatałem, parę mam do pozamiatania. I rzeczywiście tekstowo „Wersety” są bardzo osobiste. Jak zresztą chyba większość repertuaru Acidów. „Wersety” w szczególności. Stąd ten tytuł – wersety to wyryte, mocne słowa.

Dużo kapel uważa, że nagrywając covery danego zespołu składa mu hołd. U was brzmi to bardziej jak jakaś muzyczna demolka…

Zgadza się. Na tym polega coverowanie. Dobry cover, z jajem, obdarzony mięchem nie przypomina oryginału. Tak mi się przynajmniej wydaje… To jest interpretacja kogoś. Dlatego np. „New York, New York” to dla mnie hołd dla Franka Sinatry. Jednocześnie cover, ale ten numer jest zrobiony po naszemu. Jaki sens miałoby zrobienie przez Acid Drinkers wersji brzmiącej dokładnie tak samo jak oryginał. W sumie nie byłoby problemu. Trzeba zatrudnić big band i ja bym to zaśpiewał. Podejrzewam jednak, że to by nie wyszło. Ponadto ja brzmię i nie umiem tak śpiewać jak Frank.

Kiedyś Ty, Titus albo Litza wspomnieliście, że chcieliście nagrać „Black Magic” Slayera w stylu reggae. Nie chcieliście teraz wrócić do tego pomysłu?

Nie, w konwencji reggae „Black Magic” raczej… nie. Ale co można zauważyć, coś co Litza już kiedyś, szesnaście lat temu mówił, że warto zagrać Slayera w wersji reggae. Teraz Slayer jest nagrywany w wersji country. Ten zespół musi na nas wywierać duży wpływ. Podejrzewam, jak wspominałem już dzisiaj, w kwestii Slayera, że po „Reign In Blood” ludzie powinni odpuścić sobie granie thrashu. Ze mną na czele. Już raczej nie uda się więcej dynamiki, dziczy gitarowej i bębnowej. Można grac szybciej, niżej się nastroić, wycharczeć płuca w sito. Coś takiego jak „Reign In Blood” nie udało się uzyskać od ’86 r. Co prawda, nie śledziłem thrash metalu jakoś z zapartym tchem, bo wtedy uznałem, że to już mało kto przeskoczy. Myślę, że podskórnie czujemy, że odgrywanie Slayera w oryginalnej wersji, ich np. „Angel of Death” nie ma sensu. Jeśli mamy już brać się za bary z Kingiem i spółą, to musimy to zrobić zupełnie od dupy strony.

No i zrobiliście, bo nagraliście „Season In The Abyss” w wersji country.

Zgadza się… Taka jest amerykańska kultura. Północny-wschód, Bay Area – grają szybko, ale przesuń się 1200 km na południe i to zabrzmi już zupełnie inaczej. (śmiech)

Wspomnieliście wcześniej o Metallice. Przerobiliście także „Nothing Else Matters”. Mam nadzieję, że się nie obrazicie jeśli powiem, że w zwrotkach wasza wersja brzmi jak utwór weselny.

Instrumentarium jest wręcz weselne! Czesław idealnie nadawał się, żeby podać to w takim instrumentarium, które Acids na co dzień omijają szerokim łukiem. „Nothing Else Matters” jest – to zresztą kolega Yankiel rzucił tę tezę – lekko klezmerskim numerem.

Jaka gitara jest Twoją ulubioną i dlaczego jest to Spector?

Dlaczego Spector? Pewnie chodzi o dźwięk, jaki się z niego wydobywa. Kiedy go kupowałem, patrzyłem na kształt (śmiech). Kupiłem go w Berlinie w 1991 i mówiąc prawdę, nie wiedziałem co biorę. Dopiero potem zobaczyłem w telewizji, że gra na nim Sting, Mike Inez czy Gene Simmons. Pierwszy album na nim nagrany do „Strip-tease”. On po prostu idealnie pasuje do Acids.

Opowiedz nieco o swoich akcesoriach.

W Acids nie używam niczego – czysty bas. Za to w Titus Tommy Gunn używam pięciu czy sześciu brzmień. Korzystam z Line 6. Wzmacniacze i kolumny to oczywiście Peavey. Twardy, konkretny sound i graty nie do zajeżdżenia. Piece: 2x Peavey Your 700, kolumny: 2x Peavey 810 TX. Basy – moje marzenie od dziecka 2x Ibanez Iceman.

Jak ćwiczysz na co dzień swój warsztat? Masz jakieś rady dla początkujących?

Nie wiem jak ćwiczę, chyba normalnie, na pewno nie girą. W każdym razie, jak mam coś zagrać, to ćwiczę do bólu mięśni (śmiech) Zdecydowanie małolatom polecam metronom lub jakąś maszynę, która daje time.

Jak wygląda współpraca między basistą a perkusistą?

Współpraca basisty z perkusistą powinna odbywać się na każdej płaszczyźnie. Powinni mniej więcej grać ten sam rytm i time, choć bez przesady oczywiście. Chlać tę samą wódę, mieć wspólne grouppies i wspólne gumy do dymania tych grouppies. Wtedy będzie idealnie! (śmiech)

Więcej informacji: www.acid-drinkers.com

www.acid-drinkers.comsw
Słowa kluczowe: Acid Drinkers, Spector, Titus